SKERRIES – LENIWA WIOSKA NIEDALEKO DUBLINA

Bardzo wiele naszych podróży mniejszych i większych po Irlandii odbywa się „palcem po mapie”. Planowanie wypadu w Irlandii bardzo często zaczynamy od włączenia mapy i przeglądania wyspy skrawek po skrawku w poszukiwaniu ciekawych miejsc. Później zaczynamy szukać większej ilości informacji w internecie i w przypadku tych mniej znanych miejsc okazuje się, że niewiele można wyczytać. Tak też było w przypadku do Skerries- leniwej, nadmorskiej wioski położonej niedaleko na północ od Dublina.

Skerries nie jest może miejscem porywającym, ale ciekawym i takim w którym przyjemnie spędzić słoneczne popołudnie. Niestety problem w Irlandii jest taki, że wiele miejsc wygląda naprawdę pięknie w czasie słonecznej pogody, która na wyspie nie jest niestety częstym gościem. Oczywiście są też miejsca, które tajemniczo i mrocznie wyglądają przy zachmurzonym niebie, ale Skerries należy raczej do pierwszej grupy.

Młyn 

Wycieczkę zaczęliśmy od młyna w Skerries, który jest miejscem z bardzo ciekawą i bogatą historią. Bez biletu wstępu możemy zobaczyć wiatraki z zewnątrz, wejść na teren młyna i napić się pysznej kawy czy też zrobić zakupy na mini-targu. Odbywa się on prawdopodobnie w każdy weekend (wiejskie jajka, wieprzowina oraz cała masa dżemów). Zwiedzanie młyna kosztuje 8 euro od osoby dorosłej, a my mieliśmy to szczęście, że na wycieczce byliśmy sami. Po młynie oprowadza przewodnik lub obecny zarządca tego obiektu, my trafiliśmy na tego drugiego i nie żałujemy. Okazało się, że to irlandczyk starej daty z ogromnym poczuciem (irlandzkiego) humoru.

Drewniane koło wodne ma już 900 lat i ciągle działa. Poza nim do mielenia ziaren na mąkę używano dwóch młynów- jednego z 700-letnim stażem i drugiego znacznie młodszego, „zaledwie” 300tu letniego. Skerries Mills jest podobno jedynym takim miejscem na świecie gdzie istniał zarówno młyn, a przy nim piekarnia i pola na którym rośnie zboże z którego produkowana jest mąka. Połączenie tych biznesów w jedną całość spowodowane jest brakiem wody- jest to jeden z najbardziej ubogich w wodę terenów Irlandii. Wielu wydaje się, że w Irlandii ciągle pada, ale to wcale nie sprawia, że wyspa posiada duże zasoby wodne. Pierwsze wzmianki na temat młyna datowane są na 12 wiek, kiedy należał on do pobliskiego klasztoru.

Wyspy Skerries

W pobliżu Skerries znajdują się wyspy Skerries, które niestety słabo widoczne są na naszych zdjęciach (bateria w aparacie padła, a wiadomo jak działa zoom w telefonie). Na wyspie św. Patryka znajdują się ruiny pierwotnego klasztoru, wyspa nazwę wzięła stąd, że rzekomo to własnie tam przypłynął w pierwszej kolejności św. Patryk. Latarnia morska znajduje się na Rockabill Island, natomiast na Shenick Island możemy zobaczyć wieżę Martello. Wiele podobnych wież zlokalizowanych jest wzdłuż wybrzeży Irlandii, zostały one wzniesione przez Brytyjczyków w czasach napoleońskich. W skład wysp wchodzą także: Colt Island oraz Red Island, która nie jest już wyspą, a półwyspem.

Tuż przy nabrzeżu spotkać można chatkę w której sprzedawane są lody (polecił nam je Pan w młynie) i jest to powód dla którego musimy wrócić do Skerries! Niestety tego dnia byliśmy na diecie bez cukrowej (możecie się śmiać :D), więc musieliśmy się oprzeć pokusie. Kolejka ustawiająca się do chatki sugerowała, że lody muszą być obłędne.

Loughshinny

Kolnym przystankiem było maleńkie Loughshinny, gdzie plaża w przeciwieństwie do Skerries świeciła pustkami. Przy plaży zlokalizowany był czerwony dom szpiega- nie mamy pojęcia kim jest człowiek tam mieszkający, ale na pewno ma jakieś problemy natury psychicznej. Dom był w całości pomalowany na czerwono, na działce walało się mnóstwo gratów, a na ogrodzeniu widzieliśmy napisy (robione ręcznie) typu „CCTV in operation” (teren monitorowany). Z daleka nie zauważyliśmy, ale podjeżdżając bliżej dostrzegliśmy starszego Pana ubranego w ubrania moro siedzącego w „bazie” przy ogrodzeniu. Strasznie dziwne miejsce- zdjęć nie zrobiliśmy, bo obawialiśmy się ostrzału z broni maszynowej (ten Pan naprawdę nas obserwował).

Malahide

W drodze do domu zatrzymaliśmy się także w Malahide położonego o krok od Dublina. Naszym zdaniem jest to świetne miejsce na popołudniowy, niedzielny wypad.

Miasteczko jest urokliwe i w klimacie „slow” (znajomy z pracy twierdzi, że jest dobre tylko na odwiedziny, ale nie na co dzień).

Wybraliśmy się na krótki spacer po parku w którym znajdują się ruiny opactwa oraz zamek Malahide. Dawid był w nim już wcześniej- w środku nie robi szczególnego wrażenia, ale patrząc z zewnątrz nie można odmówić mu uroku. Malahide jest miejscem do którego na pewno wrócimy w czasie lata ze względu na ogrody, które można tam zwiedzać.

W czasie zaledwie kilkugodzinnej wycieczki zdążyliśmy porządnie zgłodnieć. Trafiliśmy do małej knajpki Fish Shack. Okazało się, że mają doskonałe owoce morza w bardzo przystępnych jak na Irlandię cenach! Za obiad składający się z morskiego plateru (smażone kalmary, kanapka z pasztetem z łososia, kanapka z krewetkami i mięsem kraba, krewetki piri-piri), pysznych, domowych frytkek i zielonej fasolki z szynką parmeńską i parmezanem zapłaciliśmy 25 euro. Nie wszędzie w Dublinie można zjeść idealne kalmary- chrupiące, nie twarde czy gumowate i bez posmaku mąki w panierce, a te w Fish Shack były naprawdę idealne!

Na pożegnanie z Malahide wstąpiliśmy na plażę, która należy do tych specyficznych i bardziej przypomina rozlewisko niż miejsce rajską plażę.