• Menu
  • Menu

ŁÓDKĄ DO RAJU – NOSY IRANJA – MADAGASKAR

Wybierając się na Nosy Iranję mieliśmy przed oczami bezludną wyspę, którą nazwać można rajem na ziemi. Rzeczywistość okazała się zaskakująca- było tłoczno i turystycznie.  Na wyspie można napić się piwa w restauracji czy obkupić pamiątkami po uszy. Nie do końca tak zdefiniowalibyśmy raj, więc trzeba przyznać, że z początku byliśmy delikatnie rozczarowani. Z drugiej strony było tak nieziemsko pięknie, że nie można było nacieszyć oczu!

Zacznijmy od tego, że Nosy Iranja to nie jedna, a dwie wyspy – większa Nosy Iranja Be i mniejsza Nosy Iranja Kely. Wyspy połączone są ze sobą piaskową groblą, która znika pod wodą w czasie przypływu. Nosy Iranja od Nosy Be oddalona jest o jakieś 50 km, a od samego Madagaskaru zaledwie 5 kilometrów. Wyspa o dziwo nie jest bezludna, znajduje się tam wioska, szkoła, kilka przyplażowych restauracji dla turystów i hotel.

Nie ciężko się domyślić, że za dzień w raju trzeba słono zapłacić. Instynkt łowcy-Janusza podpowiadał nam jednak, że na pewno uda się nam zorganizować rejs za mniej niż życzył sobie Pan Francuz w hotelu. W naszym resorcie wycieczka kosztowała 80 euro za łebka, więc niemało. Przeszukaliśmy internety i udało nam się znaleźć biuro podróży Nosy Be Original w którym wycieczka kosztowała 50 euro za osobę. Mieszkaliśmy trochę na końcu świata, więc musieliśmy dopłacić jeszcze 15 euro od osoby za transport do punktu zbornego (hotel Vanilla). Koniec końców rejs wyszedł 65 euro za osobę, hajsy zaoszczędzone- brawo my! Dodatkowy atut wycieczki z biurem Nosy Be Original był taki, że bez większych problemów dogadaliśmy się po angielsku przez telefon co na Madagaskarze należy do rzadkości. W cenę rejsu wchodzi transfer, przewodnik i lunch ze świeżymi rybami i owocami morza. Na wyspę płynęliśmy 1.5 godziny, a na miejscu spędziliśmy około 5 godzin.

Na Nosy Iranję dopłynęliśmy około godziny 10 i przewodnik poinformował nas, że do przypływu mamy około godzinę. W pierwszej kolejności przewidziano zwiedzanie wioski i kupowanie pamiątek co nas nieszczególnie interesowało, więc pognaliśmy wprost na punkt widokowy. Wioskę widzieliśmy już w końcu niejedną, a grobla miała niedługo schować się pod wodą, więc wybór był prosty!

Jako jedni z nielicznych wspięliśmy się na punkt widokowy na którym znajduje się stara latarnia morska. Pot lał się z nas strumieniami choć sam punkt widokowy nie jest jakiś nieziemsko wysoki, 35 stopni wysysa z człowieka życie. Na samym punkcie widać niewiele poza drzewami i ową latarnią, więc trzeba wdrapać się na górę. Jedyny problem jest taki, że na latarnię wchodzi się na własną odpowiedzialność- schody pokrywa rdza, a niektórych po prostu brakuje stopni. Naszym zdaniem grobla z poziomu plaży prezentuje się raczej przeciętnie, ale z góry to już całkiem inna bajka!

Z punktu zeszliśmy na groblę, żeby zrobić krótki spacer. Odpuściliśmy podchodzenie aż pod samą wyspę Nosy Iranja Kely. Po pierwsze dlatego, że na wysepkę podobno nie da się wejść, bo jest prywatna, a po drugie dlatego, że grobla tylko wydaje się krótka, a w rzeczywistości ma aż 2 kilometry. W zamian popluskaliśmy się w płytkiej, ciepłej wodzie i ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu ukrytej, dzikiej plaży.

Przed przypływem dostanie się na ukrytą plażę po drugiej stronie wyspy jest dosyć łatwe, po przypłwie jest to już małe wyzwanie. Białą plażą oddaliliśmy się od grobli i doszliśmy na sam jej koniec, który w czasie przypływu od dalszej części plaży oddzielony jest skałami. Kiedy woda nie jest tak wysoko plaża jest szersza i da się przejść piaskiem. Przez 15 minut męczyliśmy się z przejściem po skałach na mniejszą plażkę, a później wystarczyło już tylko skręcić w ląd i po chwili znaleźliśmy się po drugiej stronie wyspy. Plaża na drugiej stronie miała ciemniejszy piasek i przypominała nam trochę plażę w lankijskiej Mirissie. A co najlepsze byliśmy tam zupełnie sami! Gdyby tylko nie cholernie palący w stopy piasek i brak czasu na cokolwiek niż kilka zdjęć to moglibyśmy uznać, że znaleźliśmy się na biegunie chillu.

Lunch w czasie wypadu pozytywnie nas zaskoczył, był to zdecydowanie jeden z najlepszych posiłków na Madagaskarze. W ramach aperitivu przewodnik postawił na stole plastikowe flaszki ze świeżym owocowym sokiem zmieszanym z rumem. Smakowało niewinnie, kopało nieziemsko 😀 Na stół wjechało następnie kilka rodzajów warzyw, grillowane gambasy i kilka rodzajów świeżych ryb oraz jak na Madagaskar przystało- ryż. W cenie były napoje, również te alkoholowe.

Summa summarum z Nosy Iranji mamy bardzo dobre wspomnienia. Czasem zwyczajnie trzeba zamknąć oczy na turystów i znaleźć sobie swój kąt, a potem pozostaje już tylko delektowanie się pięknem. Jeżeli jednak szukacie odludnej rajskiej wyspy to być może lepszym wyborem byłaby Sainte Marie przy wschodnim wybrzeżu Madagaskaru.

nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja
nosy iranja